Putin wprost o NWO, pedofilach i satanizmie: będziemy bronić chrześcijańskich wartości.

Putin wprost o NWO, pedofilach i satanizmie: będziemy bronić chrześcijańskich wartości.

Przemówienie świąteczne Prezydenta Rosji Władimira Putina zostało całkowicie przemilczane przez tzw. „zachodnie” media. Poniższy fragment tłumaczy dlaczego….

Putin(…) Kolejne wyzwanie dla rosyjskiej tożsamości jest związane z procesami, które można obserwować poza granicami Rosji. Są to polityka zagraniczna, moralność i inne aspekty. Widzimy, że kraje euro-atlantyckie (w tym Polska-admin) podążają drogą, która zaprzecza czy wręcz wyklucza ich korzenie, wliczając w to korzenie chrześcijańskie, które tworzą bazę Zachodniej Cywilizacji.
W tych krajach podstawa moralna i wszelkie tradycyjne wartości są odrzucane – narodowe, religijne, kulturalne – nawet tożsamość płciowa jest odrzucana i relatywizowana.Taka polityka traktuje wielodzietną rodzinę na równi z partnerstwem homoseksualnym, a wiara w Boga jest równoznaczna wierze w szatana.

To nadużywanie i wyolbrzymianie politycznej poprawności w tych krajach prowadzi do tego, że należy poważnie rozważyć możliwość legalizacji partii, które będą mieć na celu propagandę pedofilii.
Wielu obywateli państw europejskich w rzeczywistości wstydzi się swoich religijnych przynależności, a nawet boi się o nich mówić. Chrześcijańskie święta i uroczystości są likwidowane, czy też ich nazwy są „neutralnie” zmieniane, tak jakby ktoś się miał wstydzić świąt chrześcijańskich. Tą metodą ukrywa się głębsze moralne wartości tychże uroczystości.

Kraje te próbują narzucić siłą ten sam model na inne kraje, globalnie. Jestem głęboko przekonany, że jest to bezpośredni sposób na degradację i prymitywizację. To prowadzi do głębokiego demograficznego i moralnego kryzysu na Zachodzie.

Jaki może być lepszy dowód na moralny kryzys społeczeństwa niż utrata jego funkcji rozrodczości? Niemalże wszystkie rozwinięte kraje zachodnie nie mają wystarczającej rozrodczości by się utrzymać na tym samym poziomie, nawet z pomocą migrantów.

Bez wartości moralnych, które są zakorzenione w Chrześcijaństwie i innych światowych religiach, bez reguł i moralnych wartości, które się ukształtowały i rozwinęły przez millenia, ludzie nieuchronnie utracą swoją godność.

I myślimy, że prawa i naturalna jest obrona tych moralnych wartości.

Należy respektować prawa każdej mniejszości do samookreślenia, ale jednocześnie nie można dopuścić do tego by prawa większości nie były respektowane.

W tym samym czasie gdy ten proces następuje na poziomie państwowym, na poziomie międzynarodowym zauważamy próby stworzenia jednobiegunowego i jednolitego modelu świata, w którym usuwane będą instytucje prawa międzynarodowego i suwerenności narodowej. W takim jednobiegunowym, zunifikowanym świecie nie będzie miejsca na suwerenne państwa. Taki świat potrzebuje tylko wasali.

Za: https://www.youtube.com/watch?v=Apmy9H9YVPo

Advertisements
Posted in Uncategorized | 12 Comments

KRYZYS KOŚCIOŁA

https://fsspxr.wordpress.com/kryzys-kosciola/

KRYZYS KOŚCIOŁA

Światowe Dni Młodzieży, Rio de Janeiro 2013

FILM: OTO, CO UTRACILIŚMY

Rewolucja francuska w Kościele katolickim

Przez przeszło dwieście lat, rewolucja francuska daremnie usiłowała rozciągnąć się także i na Kościół katolicki, a osiągnęła to dopiero w czasie Drugiego Soboru Watykańskiego (DSW). Co więcej, osiągnęła nie tylko pewne wpływy na obrady tegoż Soboru, ale także i oczywiste triumfy. Już na początku Soboru, wśród jego uczestników, wyraźnie zamanifestowały się trzy pozycje: gorących entuzjastów ideologii rewolucji francuskiej, zdecydowanych wrogów tejże, oraz osób niezdecydowanych. Tak entuzjaści, jak i wrogowie ideologii rewolucyjnej usiłowali pozyskać owych niezdecydowanych.

Ale kim byli ci “niezdecydowani”? Byli to prawie wyłącznie biskupi z krajów pozaeuropejskich, a więc azjatyckich, afrykańskich, amerykańskich, australijskich, czyli osoby, które niewiele wiedziały o historycznej roli rewolucji francuskiej, a przede wszystkim o jej zdecydowanie antychrześcijańskim charakterze.

Dlaczego jednak znaczna część biskupów z krajów europejskich z takim entuzjazmem odnosiła się do ideologii rewolucji francuskiej? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo albo byli masonami, albo też byli zwolennikami ideologii masońskiej, bo przecież rewolucję francuską przygotowała masoneria i to głównie jeśli chodzi o samą ideologię rewolucji i jej charakter antychrześcijański. Jak wielu było masonów wśród Ojców Soboru świadczą ich przemówienia jakby żywcem brane z encyklik papieskich, które potępiały masonerię i jej ideologię. Wystarczy zajrzeć do owych encyklik papieskich, poczynając od Klemensa XII z roku 1738 aż do Piusa XII, aby stwierdzić, że opinie te dziwnie pokrywały się lub co najmniej zbliżały do błędów potępionych przez papieży we wspomnianych wyżej encyklikach. Zresztą porównanie między rewolucją francuską i Soborem przyszło niemal w początkach obrad i to ze strony entuzjastów rewolucji francuskiej, gdyż porównanie to po prostu narzucało się, zwłaszcza jeśli chodzi o przebieg początkowych obrad soborowych. Przypomnijmy, że zwołanie Stanów Generalnych przez króla Francji Ludwika XVI i z jego inicjatywy (choć można podejrzewać, że inicjatywa ta została mu przez kogoś podsunięta), oraz drobiazgowe przygotowania tematów obrad, które miały na celu unowocześnienie ustroju państwa, to wszystko zostało już w pierwszej sesji odrzucone, lub co najmniej nie brano tego pod uwagę, gdyż zgromadzeni postanowili zrobić wszystko po swojemu i z własnej inicjatywy.

To samo stało się z Drugim Soborem Watykańskim, jako iż Ojcowie Soboru odrzucili materiał przygotowany przez Stolicę Apostolską i postanowili wszystko zacząć na nowo, według własnej inicjatywy, okazując w ten sposób zupełny brak szacunku dla Kurii Rzymskiej i jej pracowników, a więc postąpili zupełnie tak samo jak stało się w czasie rewolucji francuskiej. Ale nie ograniczono się tylko do owych porównań formalnych, lecz świadomie żądano, aby “duch” rewolucji francuskiej zapanował na Soborze. Wszyscy pamiętamy, jak kardynał Suenens oświadczył, że “Vaticanum II to jest rok 1789 w Kościele”, a więc porównał Drugi Sobór Watykański z rewolucją francuską, nadto dominikanin Yves Congar poszedł jeszcze dalej i porównał Sobór do rewolucji październikowej (i słusznie, gdyż rewolucja październikowa była tym dla Rosji co rewolucja francuska dla Francji). A obaj powiedzieli to z zachwytem i z wielką radością. W ten sposób prawie wszyscy uczestnicy DSW uznali jednogłośnie, że triumfuje na nim ideologia rewolucji francuskiej; jedni stwierdzili to z radością, a drudzy z ubolewaniem, ale opinia na ten temat była niemal jednomyślna.

Wkrótce okazało się, że zwolennicy ideologii rewolucji francuskiej stanowili większość, stąd też bez większych trudności narzucali swoje opinie i żądali całkowitej zmiany, tak co do ustroju prawnego Kościoła, jak też co do tradycyjnej nauki Kościoła. Usiłowano więc wszystko zmienić, ale nie zawsze w sensie udoskonalania, lecz raczej z zamiarem zrobienia wszystkiego na odwrót.

I tak, na przykład, od czasów apostolskich aż do II Soboru Watykańskiego, Kościół był zawsze monarchią i to nie jakąkolwiek, gdyż nawet Mesjasz był zapowiadany przez proroków jako król. Królowie, przybywający do Palestyny kierowani przez gwiazdę, zapytywali Heroda: gdzie się narodził przyszły król Izraela, stąd też i rzeź niewiniątek, zarządzona przez Heroda. Jezus z Nazaretu został skazany jako Bóg-człowiek, ale także jako król i sam bardzo często nauczał o Królestwie Bożym. Dlatego też Kościół od początku przyjął ustrój monarchiczny i zachował go aż do DSW, czego nie należy mieszać ze sprawą Państwa Kościelnego i jego ustroju monarchistycznego. Cały ustrój Kościoła, aż do DSW, był zawsze monarchiczny i to w sensie takim, że władza jego szła z góry, od Boga, od papieża aż do proboszcza wiejskiego, a prawo kanoniczne drobiazgowo określało odnośną jurysdykcję. Kościół był więc monarchią “par excellence” i to zupełnie niezależnie od zmiennych sytuacji politycznych, będąc już monarchią przed posiadaniem własnego Państwa, jak i też po jego utraceniu, czy też kiedy odzyskał je symbolicznie jako Citta del Vaticano. Miało to swoje ogromne konsekwencje praktyczne, jak na przykład pełnia władzy papieża, niezależność władzy biskupa w swej diecezji, czy też proboszcza w swej parafii, oczywiście zawsze według przepisów prawa kanonicznego.

Cała ta monarchiczna struktura Kościoła została zniszczona przez Drugi Sobór Watykański, a to głównie dlatego, że DSW, będąc entuzjastą ideologii rewolucji francuskiej, wprowadził do wewnątrz Kościoła ustrój demokratyczny i to demokracji nie starożytnej, a wiec ateńskiej, lecz demokracji rewolucji francuskiej, a wiec demokracji totalitarnej, bo russonianej. To już nie wola Boga, Chrystusa Króla, rządzi Kościołem-monarchią, przez swego wikariusza-papieża, ale “Lud Boży” przez nowoczesne struktury demokratyczne. Po DSW bowiem papieże nie mają już władzy królewskiej i we wszystkim, zgodnie z prawem kanonicznym już zdemokratyzowanym, muszą odwoływać się do najrozmaitszych instytucji demokratycznych, jak Sobory, Synody itd. i działać według “woli ludu”, jak w każdym ustroju demokratycznym. Podobnie też zmieniła się sytuacja wszystkich biskupów, gdyż zostali pozbawieni pełni władzy, którą mieli w dawnym ustroju monarchistycznym Kościoła, a obecnie zależą nie tylko od Rzymu, czyli od Stolicy Apostolskiej, lecz także od Synodów i ich postanowień, a przede wszystkim od Episkopatu i jego “demokratycznych” uchwał. To samo odnośnie proboszczów, którzy dawniej, w ustroju monarchistycznym Kościoła, mieli pełnie władzy w swych parafiach, podczas gdy obecnie ich władza została bardzo ograniczona, a to głównie przez swych własnych parafian, których muszą się radzić niemal we wszystkich sprawach i prosić o pozwolenie “rady parafialnej”. Stąd też zupełna zmiana w nowym kodeksie prawa kanonicznego.

Można dyskutować, czy ustrój poprzedni, a więc monarchistyczny, był lepszy od obecnego ustroju demokratycznego, ale nas interesuje tutaj zupełnie co innego, a mianowicie stwierdzenie, że rewolucja francuska, a według niektórych, jak widać, rewolucja październikowa czyli bolszewicka, odniosły triumf w Kościele, narzucając mu swoją ideologię polityczną, w miejsce zasad jakie dał mu sam Chrystus Pan. Łatwo jest zdać sobie sprawę z tej zasadniczej zmiany, porównując treść poprzedniego i obecnego Kodeksu Prawa Kanonicznego, i to nie tylko co do sprawy ustroju Kościoła, ale także i przede wszystkim odnośnie wszystkich zwyczajów życia chrześcijańskiego; wiele z tego co w dawnym Kodeksie Prawa Kanonicznego było zakazane, w obecnym Kodeksie jest nakazane lub co najmniej dozwolone. A nie są to sprawy banalne, bo za nimi znajdują się bardzo ważne zasady moralne i dogmatyczne. W dawnym ustroju monarchicznym spełniała się wola Boża, wola Chrystusa Pana, a w ustroju demokratycznym, obecnie zaprowadzonym, spełnia się wolę człowieka, wolę ludu i jego zachcianki, często całkowicie sprzeczne z wolą Boga i z nauką Chrystusa Pana. Nadto, ta “wola ludu” w praktyce sprowadza się do woli “większości głosów”, a więc decyduje liczba, a nie racja czy słuszność. Widzimy obecnie jak często, w parlamentach krajów tradycyjnie chrześcijańskich, przechodzą większością głosów ustawy całkowicie niezgodne z wolą Boga. Bóg mówi: “nie zabijaj”, a wola ludu uchwala ustawy pozwalające na zabijanie nienarodzonych. Bóg mówi przez słowa liturgii ślubnej do małżonków: “nie porzucę cię aż do śmierci”, a “wola ludu” uchwala ustawy o rozwodach. Trzeba pamiętać, że demokracja rewolucji francuskiej nie uznaje ani prawa naturalnego, ani też Dekalogu.

Wejście demokracji rewolucji francuskiej do wnętrza Kościoła spowodowało także zasadniczą zmianę roli Kościoła w społeczeństwie jako takim. Kościół monarchistyczny, rządzony przez Chrystusa Króla, służył Bogu, a obecny Kościół demokratyczny sam podkreśla w dokumentach II Soboru Watykańskiego, iż służy człowiekowi i ludzkości, a ta “ludzkość” często utożsamia się z tzw. “światem”, a przecież Chrystus Pan przestrzega nas przed “światem”, jako iż ten “świat” jest jeszcze często pod władzą szatana (wystarczy przypomnieć czasy Hitlera w Niemczech, czy też Stalina w Rosji). św. Jakub pisze: “…czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem?” (4,4). Niektóre idee rewolucji francuskiej wtargnęły do Kościoła już uprzednio, ale były przez autorytety kościelne zwalczane; dopiero w czasie Vaticanum II niektóre z nich zostały częściowo lub całkowicie przyjęte przez dokumenty soborowe, a wśród nich przede wszystkim sprawa poszanowania przekonań osobistych, czyli “głosu sumienia” i jego skutków, a więc uznania innych religii, nawet pogańskich, jako równych religii katolickiej. Przypomnijmy, że według biskupa Dillona był to główny postulat masonerii.

Cały szereg zasad i idei całkowicie obcych tradycyjnej nauce Kościoła, głoszonych przez entuzjastów rewolucji francuskiej, zaczęło przenikać do wnętrza życia religijnego Kościoła, mimo iż były one wielokrotnie przez poprzednich papieży odrzucane i napiętnowane jako heretyckie, lub co najmniej jako całkowicie niezgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza przez ostatnich papieży przedsoborowych, a więc przez Piusa IX, Piusa X, Piusa XI i Piusa XII. Tak zwana “nowa teologia”, oparta na potępionym modernizmie, ukazuje się jeszcze przed drugą wojną światową, ale to dopiero po zwołaniu Vaticanum II i w czasie jego obrad zaczyna się proces asymilacji tych herezji wśród katolików i przesiąkanie ich do dokumentów II Soboru Watykańskiego, a zwłaszcza do ich interpretacji. Ta “nowa teologia” zrywa całkowicie z “teologią tradycyjną” Kościoła katolickiego, z nauką Kościoła niemal dwutysiącletnią, bo od czasów Chrystusa Pana i Apostołów aż do DSW. Teologia tradycyjna była i jest aż do dzisiaj oparta na tzw. “philosophia perennis”, czyli na filozofii chrześcijańskiej, wypracowanej przez Ojców Kościoła, jako podstawy teologii katolickiej, nie każda bowiem filozofia może być przydatną dla teologii katolickiej, a tylko takie filozofie, które szanują metafizykę, szukającą prawdy, jako iż właśnie z prawdą utożsamia się Chrystus Pan i Jego nauka. Nadto, aby prawda mogła być zrozumiale przedstawiona, konieczna jest odpowiednia terminologia, czyli dokładne określenie znaczenia słów i właśnie philosophia perennis jest jedyną filozofią, która dzięki nieustannej i żmudnej pracy filozofów, wypracowała konieczną terminologie. Było to dzieło wielu wieków, a skromne lecz bardzo ważne jej podstawy przygotowała już filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa, dzięki czemu pierwsi Ojcowie Kościoła mogli wypracować podstawy terminologii teologicznej. Trudno tu nie wspomnieć głośnego filozofa chrześcijańskiego jakim był Boethius, który najbardziej przyczynił się do wypracowania terminologii filozoficzno-teologicznej, dzięki której powstała philosophia perennis, pozwalająca na uprzystępnienie wiernym największych tajemnic Wiary, jak np. Trójcy Przenajświętszej, czyli istnienia jednego Boga w trzech osobach, Ojca, Syna i Ducha świętego, czy też tajemnicy Chrystusa Pana jako Boga i człowieka, a więc jednej osoby, ale dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Ta philosophia perennis pierwszych wieków została nadzwyczajnie wzbogacona i pogłębiona przez św. Tomasza z Akwinu, dając tak zwany “tomizm”, który stał się podstawą filozoficzną teologii.

Dopóki teologia chrześcijańska, a przede wszystkim teologia katolicka posługiwała się ową filozofią, a zwłaszcza tomizmem, wszystko w Wierze było jasne, zrozumiałe i poprawne, tak było w Kościele katolickim mniej więcej aż do drugiej wojny światowej, a jeśli pojawił się jakiś niedouczony teolog to Stolica Apostolska zabierała głos. Stąd też tak liczne encykliki wspomnianych już uprzednio papieży Piusów, od IX aż do XII. Przez niedouczonych teologów należy rozumieć tych, którzy odrzucili philosophia perennis, a przede wszystkim tomizm i zaczęli posługiwać się współczesnymi filozofiami, które absolutnie nie nadają się do rozważań teologicznych. Wspomniana już “nowa teologia” właśnie posługuje się owymi pseudofilozofiami współczesnymi, jak np. egzystencjonalizmem lub fenomenologią, a tym bardziej tzw. “filozofią działania” (Blondel). Wyjątkowo można by w pewnych wypadkach posługiwać się w teologii tzw. “filozofią czynu” Augusta Cieszkowskiego, ponieważ filozofia ta daje pierwszeństwo “prawdzie”, gdyż ta prawda metafizyczna dla Cieszkowskiego utożsamia się z Chrystusem Panem (zob. Cieszkowskiego Ojcze nasz).

Wszystkie współczesne pseudoteologie opierają się albo na egzystencjonalizmie, albo też na fenomenologii, stąd też nie są teologiami, lecz mają charakter wyłącznie osobistych opinii, a opinie te, jeśli chodzi o pisarzy przed II Soborem Watykańskiem, a więc jeszcze za życia papieży Piusów, zostały potępione i uznane za heretyckie. Niestety, mimo tych potępień, naucza się ich obecnie w Seminariach i na katolickich Wydziałach Teologicznych, stąd też zamęt jaki panuje obecnie w naszym życiu religijnym. Stąd też tylko powrót do philosophia perennis może położyć kres tym bałamuctwom.

Wielkim triumfem rewolucji francuskiej w Kościele katolickim jest porzucenie “teocentryzmu” i zastąpienie go “antropocentryzmem”. Cały światopogląd chrześcijański jest zbudowany na teocentryzmie i nie może istnieć światopogląd chrześcijański bez teocentryzmu, stąd też porzucenie teocentryzmu jest unicestwieniem chrześcijaństwa. Sprawa ta jednak nie jest taka prosta, gdyż wchodzi tutaj w grę także i fakt Wcielenia, a więc przyjęcia przez Słowo Boże natury człowieka. Stąd też kiedy papież Paweł VI z dumą głosił światu, oświadczając: “My również mamy kult człowieka”, wierzący katolicy odnieśli to oświadczenie do Jezusa z Nazaretu, czyli do człowieczeństwa Chrystusa Pana, który przez przyjęcie natury ludzkiej w łonie Najświętszej Dziewicy, stał się Bogiem-człowiekiem, stąd to i wyłącznie to człowieczeństwo Chrystusowe może odbierać kult religijny wśród chrześcijan, ale nigdy, w żadnym wypadku, jakiejkolwiek innej osoby, a nawet nie osoby Najświętszej Marii Panny. Kościół, w ciągu całej swej historii, zawsze rozróżniał między kultem religijnym Boga i kultem świętych, wyniesionych na ołtarze (figury, obrazy itd.). Kult Boga w Kościele katolickim zawsze był i jest uważany jako adoracja, zwany “latria”, kult zaś świętych tylko jako czczenie, a więc jako “dulia”, natomiast kult religijny Matki Bożej jako “superdulia”, a więc Kościół zawsze bardzo wyraźnie rozróżniał między kultem Boga i stworzeń boskich.

Tak więc, w czasie DSW, mimo dążności do zastąpienia tradycyjnego teocentryzmu przez antropocentryzm, istniała nadal świadomość, że “kult człowieka”, tak wychwalany przez papieża Pawła VI, nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem ideologii rewolucji francuskiej, ale obecnie, trzydzieści lat po DSW, już nie przypomina się tajemnicy Wcielenia, lecz wprost mówi się o człowieku jako takim. Stąd też poprzedni antropocentryzm, usprawiedliwiany przez dogmat Wcielenia, został zastąpiony zwykłym i wulgarnym antropocentryzmem. Co więcej, zwolennicy Teilhard’a de Chardin, nawiązują nawet do ewolucji, uważając, że to dzięki niej małpa stała się człowiekiem. Jest to więc antropocentryzm zoologiczny, a więc jak najbardziej zgodny z ideologią rewolucji francuskiej. Tak zwana “nowa teologia” właśnie jest budowana na tym ewolucyjnym antropocentryzmie, a więc jest też całkowicie sprzeczna z teologią tradycyjną.

Ten ewolucyjny antropocentryzm, głoszony w czasie DSW, jeszcze bardziej zapanował w życiu religijnym katolików, kiedy po Soborze zaczęto przeprowadzać najrozmaitsze reformy i zmiany w liturgii Kościoła katolickiego. Cała liturgia dwutysiącletnia była liturgią teocentryczną, poczynając od stylu budowy świątyń, kościołów i kaplic, które własną strukturą były skierowane ku Bogu, ku Niebiosom, ku wieczności. Przepiękne katedry średniowiecza do dziś mówią nam o Bogu, o Trójcy Przenajświętszej, o wieczności. Bardziej jeszcze mówią do nas witraże, obrazy, rzeźby, a to dlatego, że panował wśród wiernych teocentryzm. Obecnie, po reformach posoborowych, to co nowe, czy to budowle, czy malowidła, obrazy, figury, ołtarze niewiele mówią nam o Bogu i wieczności, gdyż są już przesiąknięte antropocentryzmem. Najbardziej widać to w zmianie liturgii. Ołtarz już nie jest ukierunkowany ku Bogu, ale ku ludziom. Celebrant też jest zwrócony ku wiernym, biorącym udział w ceremonii, a nie ku Bogu. Najświętszy Sakrament dawniej znajdował się w centrum kościoła, a dziś nieraz trudno go znaleźć. Cała liturgia Mszy świętej została tak zmieniona, że nic w niej nie zostało z teocentryzmu, gdyż wszystko zostało podporządkowane antropocentryzmowi. Nieliczni świeci, którzy ocaleli w okresie nowego obrazobórstwa posoborowego, chyba ze zdumieniem patrzą na to co się w świątyni obecnie dzieje; zapewne zapytują czy owe ceremonie mają coś wspólnego z dawną Mszą świętą, czy też są to jakieś protestanckie zebrania; i nic dziwnego skoro obecna liturgia mszalna została wzięta z protestanckiej ceremonii. Tak to antropocentryzm wyrugował teocentryzm.

wpid-wp-1440903218850_kindlephoto-103992393

Największe jednak spustoszenie dokonał w tak zwanej “nowej teologii”, której “nowość” polega właśnie na całkowitym zerwaniu z teologią tradycyjną i na powrocie do wszelkich poglądów heretyckich, jakie ukazywały się w ciągu dwutysiąclecia chrześcijaństwa.

Ta “nowa teologia” daje nam nowe pojęcie Kościoła, całkowicie niezgodne z pojęciem tradycyjnym. Aż do II Soboru Watykańskiego Kościół był pojmowany przede wszystkim jako Ciało Mistyczne Chrystusa Pana, według teologii św. Pawła. Do Kościoła należały tylko i wyłącznie osoby wierzące w Chrystusa Pana, jako Boga-człowieka i w naukę Kościoła, a przyjmowani byli do Kościoła przez Chrzest św. Natomiast “nowa teologia” pojmuje Kościół jako wspólnotę wszystkich ludzi, żyjących na planecie Ziemia, a więc także i nie wierzących i nie ochrzczonych, a nawet takich, którzy o Kościele nic nie słyszeli i go nie znają, ale przez “nową teologię” są uważani jako “chrześcijanie anonimowi”. Takie pojęcie Kościoła zrujnowało misjonarstwo, bo po co misjonarze mają nawracać pogan, jeśli ci, będąc poganami, i tak należą do Kościoła i będą zbawieni?

“Nowa teologia” narzuciła także katolikom nowe pojęcia ekumenizmu, który jest pojmowany jako zjednoczenie wszystkich religii, nawet pogańskich, które, aż do II Soboru Watykańskiego uważane były jako szatańskie, a to na podstawie psalmu 95, który mówi: “quoniam omnes dii gentium daemonia”, czyli: bożkowie pogan są demonami.

rohinga

Tę “nową teologię” naszych czasów charakteryzuje także przesadny subiektywizm, czyli szukanie pewności tylko i wyłącznie we własnej świadomości, a więc w sobie samym, a nie w świecie zewnętrznym, czyli w Objawieniu zawartym w Piśmie św. i w Tradycji, ani też w oficjalnej nauce Kościoła, głoszonej w ciągu wszystkich wieków jego istnienia. Ta “nowa teologia” nie bierze więc pod uwagę Depositum Fidei, o którym tak gorliwie przypominał św. Paweł w liście do Tymoteusza (2 Tym. l, 12). Także tradycyjna nauka Kościoła nie interesuje tej “nowej teologii”, stąd też jej najrozmaitsze dziwactwa i bałamuctwa, jak np. że wszyscy ludzie będą zbawieni, niezależnie od tego w jaki sposób żyją, a więc że nie istnieje piekło, a przecież Chrystus Pan powiedział: “Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (św. Mk 16, 15-16).

Ukazał się też w tej “nowej teologii” nowy personalizm, zupełnie inny niż ten tradycyjny, oparty na filozofii Boethiusa i św. Tomasza z Akwinu. Ten “nowy personalizm” to pogański kult człowieka, nawiązujący do myśli Spinozy, Kanta i Hegla, a przesiąknięty panteizmem.

Głównymi przedstawicielami tej “nowej teologii”, potępionej wielokrotnie przez ostatnich papieży przedsoborowych, są Karl Rahner, Yves Congar, Alois Grillmeier, Hans Kung, De Lubac, Semmelroth, Urs von Balthazar i Schillebeeck.

Oto niektóre triumfy rewolucji francuskiej w Kościele katolickim.

Największym jednak triumfem rewolucji francuskiej jest to, że w miejsce tradycyjnej zasady: “wszystko dla większej chwały Boga”, II Sobór Watykańskie wprowadził zasadę: “wszystko na ziemi powinno być podporządkowane człowiekowi” (Gaudium et Spes, 12, 1), czyli triumf antropocentryzmu nad teocentryzmem.

ks. prof. Michał Poradowski, Dziedzictwo rewolucji francuskiej

bergoglio

Posted in Ruch Oporu, Uncategorized | Leave a comment

NON POSSUMUS – ZAPRASZAMY DO WSPÓLNEGO DZIAŁANIA WSZYSTKICH ZAGUBIONYCH KATOLIKÓW, KTÓRZY SZUKAJĄ RATUNKU DLA SWOICH DUSZ W OBLICZU KRYZYSU KOŚCIOŁA I CYWILIZACJI

 

Posted in Ks.Pius, Ruch Oporu, Uncategorized | Leave a comment

KAZANIE NA XXIV NIEDZIELĘ PO ZESŁANIU DUCHA ŚWIĘTEGO – Ks. Pius

 

Umiłowani w Chrystusie Panu!

38812326_115293569407806_1823219939343859712_n

Celebrujemy dziś ostatnią niedzielę roku liturgicznego. W Ewangelii Odkupiciel poucza nas o czasach, kiedy to ujrzymy ohydę spustoszenia, zalegającą miejsce święte (Mt 24, 15), kiedy to powstaną fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych (Mt 24, 24), kiedy to nadejdzie wielki ucisk, jakiego nie było od początku świata aż dotąd, ani nie będzie (Mt 24, 21). Czy widząc otaczającą nas ohydę spustoszenia, jawną i milczącą apostazję całych społeczeństw, duchownych którzy mienią się być pasterzami, a w rzeczywistości współpracują z nieprzyjaciółmi Chrystusa w szatańskim dziele niszczenia katolickiej wiary, rodziny i cywilizacji, powinniśmy zrezygnowani poddać się i nic nie robić?

Nie, wręcz przeciwnie – powinniśmy podwoić starania o zbawienie naszych dusz, o zachowanie katolickiej wiary i liturgii. Dlaczego? Dlatego, że sam Pan obiecał, że dni ucisku i apostazji zostaną skrócone z powodu wybranych (Mt 24, 22), tj. tych, którzy nie zgodzą się na ohydę spustoszenia w miejscu świętym i pozostaną wierni Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, którzy oprą się pokusie pójścia na kompromis z ubranymi w mitry i purpury heretykami, pokusie zaakceptowania modernistycznych dwuznaczności, mieszaniny prawdy i błędu. Siła diabła wypływa z bezmyślności tych, którzy mienią się być katolikami, a którzy poprzez swą bierność umożliwiają wilkom przebranym w owcze skóry wtargnięcie do Kościoła Bożego, zniszczenie katolickiej doktryny, moralności i liturgii.

Wsłuchajmy się w słowa jednego ze znanych na całym świecie świadków posoborowej rewolucji: Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych (…) wydaje mi się pewne, że przed Kościołem bardzo trudne czasy. Prawdziwy kryzys ledwo się zaczął. Będziemy musieli liczyć się z tym, że nastąpią straszliwe wstrząsy. W totalnie zaplanowanym świecie ludzie będą strasznie samotni. Jeśli całkowicie stracą z oczu Boga, odczują całą grozę swojej nędzy. Następnie odkryją małą trzódkę wyznawców jako coś całkowicie nowego. Odkryją ją jako nadzieję, która jest im przeznaczona, odpowiedź, której zawsze potajemnie szukali (Wypowiedź z 24 grudnia 1969 roku na zakończenie cyklu wykładów radiowych w rozgłośni Hessian Rundfunk).

Kto w 1969 roku wypowiedział te słowa, które zdają się wypełniać na naszych oczach? Nie był to kto inny, jak ksiądz Józef Ratzinger, jeden z ekspertów teologicznych podczas Soboru Watykańskiego II. Obserwując tempo zmian w latach 60. XX wieku, był on już w stanie przewidzieć skutki rewolucji ogarniającej świat i Kościół. Nie można jednak ugasić pożaru benzyną. Lekarstwem na posoborowy antropocentryzm, na detronizację Chrystusa nie jest teologia hermeneutyczna, próba udowodnienia, iż nie ma żadnej sprzeczności między czasami przed i posoborowymi. Taka intelektualna akrobacja musi skończyć się upadkiem.

Moderniści dokonali bowiem widocznego gołym okiem zerwania z tym wszystkim, co stanowiło przekazywany starannie od czasów apostolskich depozyt i trzeba być ślepcem lub nie używać rozumu, by tego nie dostrzec. Czy można odmówić słuszności kardynałowi Ratzingerowi, gdy stwierdza, że: Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było dla niej czymś najświętszym i najwznioślejszym, oraz której przedstawia się jako coś niestosownego żal, odczuwany przez nią z tego powodu, sama stawia się pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona tego, co dzisiaj nakazuje?(Bóg i świat. Rozmowa Petera Seewald z kard. Józefem Ratzingerem).

Kochani moi! Powtórzmy dziś z mocą słowa abp. Marcela Lefebvre z jego deklaracji  podpisanej w dniu 21 sierpnia 1974 roku: Całym sercem i całą duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz tradycji niezbędnych do jej zachowania, do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy. Odrzucamy natomiast i zawsze odrzucaliśmy pójście za Rzymem o tendencji neo-modernistycznej i neo-protestanckiej, która wyraźnie zaznaczyła się podczas Soboru Watykańskiego II, a po soborze we wszystkich z niego wynikających reformach. Wszystkie one przyczyniły się, i wciąż się przyczyniają, do zniszczenia Kościoła, zrujnowania kapłaństwa, unicestwienia Najświętszej Ofiary i sakramentów, zaniku życia zakonnego, nauczania na uniwersytetach, w seminariach i w katechizmach naturalizmu i teilhardyzmu, które to prądy wywodzą się z liberalizmu i protestantyzmu, wielokrotnie potępianych przez uroczyste magisterium Kościoła.  Żadna władza, nawet najwyższa w hierarchii, nie może zmusić nas do porzucenia lub umniejszenia wiary katolickiej, którą to magisterium Kościoła jasno wykłada i wyznaje od ponad dziewiętnastu stuleci(Deklaracja J. E. Abp. Marcela Lefebvre z 21 listopada 1974 roku).

Amen.

http://sacerdospius.blogspot.com/2018/11/kazanie-na-xxiv-niedziele-po-zesaniu.html

Posted in Ks.Pius, Uncategorized | Leave a comment

Stabat Mater dolorosa (tekst łaciński i polski)

Stabat Mater dolorosa
(tekst łaciński i polski)

 

 

Stabat Mater dolorósa
iuxta crucem lacrimósa,
dum pendébat Fílius.

Cuius ánimam geméntem,
contristátam et doléntem
pertransívit gládius.

O quam tristis et afflícta
fuit illa benedícta,
mater Unigéniti!

Qua mærébat et dolébat,
pia Mater, dum vidébat
Nati poenas íncliti.

Quis est homo qui non fleret,
Matrem Christi si vidéret
in tanto supplício?

Quis non posset contristári,
piam Matrem contemplári
doléntem cum Fílio?

Pro peccátis suæ gentis
vidit lesum in torméntis,
et flagéllis súbditum.

Vidit suum dulcem Natum
moriéndo desolátum,
dum emísit spíritum.

Eia, Mater, fons amóris
me sentíre vim dolóris fac,
ut tecum lúgeam.

Fac ut árdeat cor meum
in amándo Christum Deum,
ut sibi compláceam.

Sancta Mater, istud agas,
Crucifíxi fige plagas
cordi meo válide.

Tui Nati vulneráti,
tam dignáti pro me pati,
poenas mecum divide.

Fac me tecum pie flere,
Crucifíxo condolére,
donec ego víxero.

Iuxta crucem tecum stare,
ac me tibi sociáre
in planctu desídero.

Virgo vírginum præclára,
mihi iam non sis amára,
fac me tecum plángere.

Fac ut portem Christi mortem,
passiónis fac me sortem,
et plagas recólere.

Fac me plagis vulnerári,
cruce hac inebriári,
et cruóre Filii.

Flammis ne urar succénsus,
per te, Virgo, sim defénsus
in die iudícii.

Fac me cruce custodíri,
morte Christi præmuníri,
confovéri grátia.

Quando corpus moriétur,
fac ut ánima donétur
Paradísi glória. Amen.

Stoi Matka obolała,
Łzy pod krzyżem przepłakała,
Gdy na krzyżu Syn jej mrze.

Jakże w duszy jest zmartwiona,
Zasmucona, zachmurzona,
Aż ją poprzeszywał miecz.

Jakże smutnej i strapionej
Matce tej Błogosławionej
Jednorodzonego mieć

I nie łamać się ginącej
Tej pobożnej, tej widzącej
Jednorodzonego śmierć.

Co za człowiek, co nie płacze,
Kiedy Matkę tę zobaczy
W udręczeniu – w takim, o

Kto niezdolny współczuć czule
Bólom Matki Syna bóle?
Czy ma takie serce kto?

Widzi Matka: Syn Jej, Jezus
Bicze przyjął i krzyż przeniósł
Za calutki ludzki grzech.

Widzi słodkie swe Rodzone
Tak śmiertelnie opuszczone,
Jak ostatni traci dech.

Matko, źródło ukochania,
Daj mi siłę współczuwania
Tylu bólom, żalom Twym.

Serce sobie upodoba,
U Chrystusa kochać Boga;
Sercu memu spraw to Ty

Matko Święta, niechby ono
Przybijano i dręczono,
Niech zasiłki Twoje ma.

Zrób mnie godnym uproszenia,
Udzielenia, udręczenia
Z Twego Rodzonego ran

Daj pobożnie z Twymi łzami
Mieć Twój ból z Ukrzyżowanym,
Póki tym nie przejmiesz mnie.

Niech pod krzyżem z Tobą stoję,
Niech łzy Twoje będą moje,
Tego twego płaczu chcę

Panno z Panien Najjaśniejsza,
Już mi nie bądź boleśniejsza,
Tylko daj i mnie łzy lać

Niech Chrystusa śmierć przeniosę,
Mękę zniosę do pomocy,
Niech to przejdę jeszcze raz

Zrób mnie zbitym, poranionym,
Uwięzionym, przepojonym
Krzyżem Syna, Syna krwią.

Płomień ognia mnie nie spali:
Najjaśniejsza mnie ocali
Na ten ostateczny Sąd.

Chryste, a gdy i Ty wyjrzysz,
Daj przez Matkę i mnie przybyć
Do zwycięskich Twoich palm.

A gdy ciało będzie zmarłe,
Spraw, niech duszy będą dane
Twoje nieba pełne chwał. Amen.

Posted in Filmy, Uncategorized | Leave a comment

Kazanie na V Niedzielę pozostałą po Obajwieniu Pańskim

Umiłowani w Chrystusie Panu!

Jakże zaskakujący, wręcz skandaliczny dla nas jest obraz siewcy, który pozwala rosnąć pszenicy i chwastom. Jego słudzy, a wraz z nimi i my jesteśmy przekonani, że lepiej byłoby wyrwać kąkol, wówczas to, co dobre, mogłoby się lepiej rozwijać. Te same wątpliwości pojawiają się w naszych głowach, gdy myślimy o ludzkim życiu: czy nie byłoby lepiej, gdyby nie działo się wokół nas tyle zła i niesprawiedliwości? Skąd się wzięło zło na ziemi?

W Księdze Rodzaju czytamy: Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre (Rdz 1, 31). Z rąk Bożych nie mogło wyjść nic innego, jak samo dobro. Jak zatem doszło do tego, że na Bożej roli, którą jest ludzkość, znalazło się zło? Wyjaśnia to nam w dzisiejszej przypowieści sam Zbawiciel: gdy ludzie spali, nadszedł nieprzyjaciel i nasiał kąkolu wśród pszenicy (por. Mt 13, 25). Dobrze znamy tego nieprzyjaciela, to wróg Boga i człowieka, szatan. Usiłuje on sprowadzić nas na złą drogę, odwieść od dążenia ku Bogu i nieustannie sieje chwast na roli umysłów i serc ludzkich.

Dlaczego Bóg, widząc kąkol obok pszenicy, nie reaguje? Choć jak owi ewangeliczni siewcy oczekujemy, że Pan wyrwie kąkol, to słyszymy przedziwne słowa: pozwólcie obojgu rosnąć aż do żniwa (por. Mt 13, 30). Nie po to, aby przyzwyczaić nas do zła czy udawać, że go nie ma. Powodem jest nieskończona Boża miłość. Pozwala On teraz rosnąć zarówno dobrym, jak i złym roślinom, abyśmy zbierając chwast, nie wyrwali razem z nim i pszenicy (Mt 13, 29), czyli żeby nie skrzywdzić tego, kogo my ludzie możemy uznać za chwast, a w rzeczywistości okaże się być pszenicą. Łaska Boża może bowiem dokonywać w nas rzeczy niezwykłych, sięgających do głębi naszej duszy, co wyraża grecki termin metanoia, przemiana umysłu.

Bóg wie, że to, co dziś wydaje się być kąkolem, może jutro przemienić się w najlepszą pszenicę. Dlatego w niepojętej miłości nie skreśla nikogo, lecz aż do dnia żniw, do dnia śmierci, czeka na nawrócenie i dopomaga swą łaską w przemianie. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło (Łk 19, 10). I tak Szaweł, zawzięty prześladowca chrześcijan, który brał udział w kamienowaniu pierwszego męczennika św. Szczepana Diakona, stał się Pawłem, najprzedniejszym apostołem Chrystusa, który wzywa nas w dzisiejszej lekcji: Znoście jedni drugich i wybaczajcie sobie, jeśli kto ma skargę przeciw komu: jako Pan przebaczył wam, tak i wy (Kol 3, 13).

Odkupiciel daje kąkolowi tu na ziemi czas, by z pomocą Jego łaski przemienił się w Bożą pszenicę. Owoce łaski widzimy w całej historii Kościoła. Są nimi tak liczni święci, którzy – pomimo przeciwności i trudności – współpracowali z Bożą łaską i wydali plon stokrotny. Widzimy niestety również owoce działań szatana. Nie tylko zastępy ateistów czy tych, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa albo islamizmu (Akt poświęcenia ludzkości Najświętszemu Sercu Pana Jezusa), ale także biednych heretyków i modernistycznych katolików z siejącym zamęt Franciszkiem na czele, którzy zamiast mówić o odwiecznej walce między dobrem i złem, Bogiem i szatanem, przez wszystkie przypadki odmieniają słowa dialog, tolerancja i porozumienie. Jednak Syn Boży przyszedł na świat nie po to, aby dialogować, ale aby dać świadectwo prawdzie (J 18, 37).

Kochani moi! Dziękujmy dziś za Chrystusową miłość i cierpliwość, za to, że nie odrzucał nas od razu, choć my nieraz odwracaliśmy się od Niego. Módlmy się za tych, którzy błądzą, upominajmy grzeszących, pouczajmy nieumiejętnych, dobrze radźmy wątpiącym, pocieszajmy strapionych. Bądźmy wobec naszych bliźnich apostołami, nade wszystko poprzez nasz dobry przykład. Wypełniajmy starannie nasze codzienne obowiązki, wskazujmy zagubionym katolikom skarbiec katolickiej Tradycji, Mszę Świętą Wszechczasów, biskupów i kapłanów, wiernych temu, czego Kościół nauczał przez dwadzieścia wieków. Wówczas i sami trafimy do niebiańskich spichlerzy jako pszenica Boża i innych tam sprowadzimy.

Amen.

SACERDOS PIUS

Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe (Mt 26, 41)

Posted in Ks.Pius, Uncategorized | Leave a comment

Św. Jozafat — męczennik za unię – wspomnienie 14 listopada (obecnie 12 listopada)

Św. Jozafat — męczennik za unię – wspomnienie 14 listopada (obecnie 12 listopada)

św. Jozafat Kuncewicz OSBM

Prawda, że dobry jest pokój publiczny, ale ten, który zostawił nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym powiedział: Nie przyszedłem puszczać pokój, ale miecz (Mt 10, 34). Co za społeczność może być światłości z ciemnościami? Jaka zgoda między Chrystusem a Belialem? Między katolikami a synami schizmy i herezji? Między kościołami katolickimi a bluźnierstwami schizmatyków? Co za pokój będzie, gdy obrazą Bożą poczyniony?

___________________________________

Boże pokoju i Pasterzu wielki nasz, fundowniku jedności, Jezu Chryste, któryś przyszedł zbierać, a nie rozpraszać, wejźrzy na nie, a daj im w tej niewoli pogańskiej, którąś ich dla tego odszczepieństwa dotknąć raczył, serce skruszone.Plaga Twoja niech się im, tak jako faraonowi, na zatwardzenie i zaślepienie oczu ich nie obraca, ale raczej na powstanie ich, w którym Ciebie i Twego na ziemi namiestnika szukając i do Twojej jedności świętej z pokorą wracając, niechaj najdą przed okiem Twoim Boskim hojne miłosierdzie i z tej niewolej wyswobodzenie ku wolnej służbie Twojej. Zmiłuj się nad ludem Twoim i owcami owczarni jednej Twojej.A tym ruskim narodom daj ten rozum, żeby ich w tak ślepym uporze nie naśladowali, ale raczej imi się karząc, w przybytku domu Twego w jedności ciała Twego osadzeni i sobie, i braciej swej zgubionej miłosierdzie Twoje wielkie a nieprzebrane zjednali. Który z Ojcem i Duchem Świętym królujesz na wieki. Amen.

x. Piotr Skarga SI

W czasach, w których Bóg w swej łasce nakazał nam żyć, ciężko jest być katolikiem. Zewsząd słychać głosy zachęcające do korzystania z życia, do czerpania z niego pełnymi garściami, ile tylko się da. Wszędzie czają się pokusy, którym oprzeć się jest tym trudniej, że ich odrzucanie nie jest powszechnie uważane za cnotę, a za przejaw nienormalności. Życie, mówią modernistyczni apostaci, jest krótkie: carpe diem! Kto więc dzisiaj żyje wiarą?

Kto poświęca się Bogu, Jego świętemu Kościołowi i bliźnim, nie bacząc na żadne światowe przeszkody?  Kto głosi ludzkości starożytny dogmat extra Ecclesiam nulla salus, odwodząc ją w ten sposób od szatańskich otchłani ekumenii?  / Słynna Deklaracja z Balamand (Zawsze wierni nr 23, lipiec–sierpień 1998) jest jeszcze jednym krokiem wykonanym przez Kościół Vaticanum II. Poświęcając dobro dusz w imię fałszywego pokoju, staje się niechlubnym „świadectwem wiary” 2. połowy XX wieku.

Jest to zdrada Wiary Świętej, połączona z brakiem szacunku i pośrednim negowaniem zasług naszych przodków, wytrwale i z poświęceniem walczących o jedną owczarnię pod jednym pasterzem. Symbolem tej bezcelowej z dzisiejszego, ludzkiego punktu widzenia, walki jest postać świętego Jozafata Kuncewicza, arcybiskupa wschodniego obrządku, postać przez lata dająca przykład unitom i motywująca przeciw odszczepieństwu oraz do zachowania wiary katolickiej na terenach objętych „jurysdykcją” schizmatyckich patriarchów.Św. Jozafat urodził się w 1580 r. we Włodzimierzu, w prawosławnej rodzinie, z matki Marianny i ojca Gabriela.

Mieli oni szlacheckie pochodzenie, z braku jednak majątku zajmowali się handlem. Jan, bo takie było chrzestne imię późniejszego arcybiskupa, był dzieckiem spokojnym i pobożnym, do czego wielce przyczyniła się matka, często zabierająca go do cerkwi i opowiadająca o Panu Jezusie. Po ukończeniu szkoły we Włodzimierzu Jan nie uczył się więcej – rodzice, wobec niedostatku funduszy, zmuszeni byli oddać syna do terminowania u wileńskiego kupca Jacka Popowicza.

W Wilnie zetknął się Kuncewicz z Kościołem Łacińskim i jego przedstawicielami, między którymi byli jezuici i przyszła podpora świętej unii, Jan Welamin Rutski. Jako że działo się to niedługo po zawarciu unii, Kuncewicz został, co oczywiste, niejako zmuszony do opowiedzenia się po stronie schizmatyckiej bądź katolickiej obrządku wschodniego. Odnalazłszy Prawdę w Kościele Rzymskim, przyjął unię, a wkrótce z racji swego powołania kapłańskiego, które dało się także poznać dzięki wpływowi jezuitów, odrzucił świat z jego marnościami wstępując do Zakonu św. Bazylego Wielkiego (1604).

Habit przyjął w unickim kościele Świętej Trójcy z rąk metropolity Hipacego Pocieja. Złożył od razu za jego zgodą śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Odtąd miał Kuncewicz nosić imię Jozafat.

Klasztorne życie spędzał na modlitwie i pracy, nie stronił od umartwień ciała, ofiarowując to wszystko za nawrócenie schizmatyków. Zachowywał wszystkie posty, sypiał często na podłodze, praktykował samobiczowanie. Na ciele nosił szorstką włosienicę, piersi i biodra okręcał łańcuszkiem z kolcami. W umartwieniach hamować musieli Jozafata jego jezuiccy spowiednicy. Znajdował też czas na czytanie klasztornych ksiąg do nabożeństwa i żywotów świętych.

Opierając się na dziełach tego typu udowadniał w pismach swoich błędność prawosławia. Skoro tylko został wyświęcony na diakona, zwrócił się do ludu bezpośrednio, broniąc katolicyzmu w kazaniach. Inną ulubioną przez niego metodą nawracania było odwiedzanie domów mieszczan.

We wrześniu 1607 do klasztoru Świętej Trójcy dołączył Jan Welamin Rutski, przyjmując imię Józef. Był on nawróconym kalwinem, pragnącym spędzić resztę swojego życia korzystając z dobrodziejstw obrządku łacińskiego. Bóg jednak zdecydował inaczej, a Rutski, poznawszy Jego wolę dzięki kazaniu ks. Fabrycego SI, który zupełnie nieświadomie ogłosił ludowi jego wstąpienie do bazylianów, poddał się jej jak przystało na wiernego sługę.

Wraz z Jozafatem Kuncewiczem miał być Rutski odnowicielem podupadłego klasztoru, przyciągając wiernych i nowicjuszy codziennymi nabożeństwami i świątobliwością życia.„Na zewnątrz”, w świecie, było dużo gorzej. Schizmatycy werbowali wielu wschodnich katolików, by jak najprędzej i całkowicie zniszczyć świętą unię. Chcieli również włączyć w swe szeregi Jozafata, słynącego już wśród ludności z pobożności i gorliwości. Na każdą propozycję mnich odpowiadał łagodnie, lecz zdecydowanie: nie.

Dodatkowej siły do walki z nieprzyjaciółmi Kościoła katolickiego dodało mu wyświęcenie na kapłana, którego w 1609 r. dokonał metropolita Pociej.

Żywot Kuncewicza został wzbogacony o możliwość codziennego odprawiania Mszy św., z czego zakonnik skwapliwie korzystał. Często i długo spowiadał swoich wiernych, odwiedzał więzienia i szpitale, udzielając posług duchowych, a nierzadko wsparcia materialnego. Nieustanna praca i modlitwa zabierała mu dużo czasu, dlatego swój dzień rozpoczynał już o godzinie drugiej; w zimie pozwalał sobie na sen do trzeciej.

Wkrótce rozkaz Rutskiego, który był już wówczas archimandrytą klasztoru Świętej Trójcy i pomocniczym biskupem metropolity Pocieja, dokonał zmiany w spokojnym życiu Jozafata, który został przełożonym nowo wybudowanego klasztoru Zakonu św. Bazylego w Byteniu.

Opatrzność Boska zrządziła jednak rychły powrót Kuncewicza do Wilna: po śmierci metropolity (1613) na unicką stolicę biskupią w Wilnie wstąpił Rutski i mianował Jozafata swym następcą na stanowisku archimandryty klasztoru Świętej Trójcy.

12 listopada 1617 r. Rutski wyświęcił Kuncewicza na biskupa; miał on objąć funkcje biskupa pomocniczego archidiecezji połockiej, bardzo pod względem religijnym zaniedbanej i pozostającej w dużej części pod wpływami schizmy. Opory skromnego zakonnika odnośnie tak znacznego wyniesienia zostały przełamane przypomnieniem o obowiązującym go świętym posłuszeństwie wobec przełożonych.

Był początkowo pasterzem diecezji witebskiej, później w 1618 r., po śmierci sędziwego metropolity Gedeona Brolnickiego, został arcybiskupem Połocka. Rządy Kuncewicza nie znały kompromisu ani z „letniością” niektórych katolików, ani z błędami schizmatyków.

Kapłanom ze swego najbliższego otoczenia polecił codziennie odprawiać Mszę św. i często oczyszczać się w sakramencie spowiedzi. Schizmatykom odbierał klasztory, odnawiał zaniedbane cerkwie unickie.

Jako arcybiskup nie zapomniał o ubogich, goszcząc ich w swojej siedzibie, nawiedzając jak dawniej szpitale i wspomagając w różny sposób. Jednym z jego zajęć było spowiadanie wiernych; nie odrzucał przy tym nikogo. Sam spowiadał się często, zwykł był nawet mawiać, że pragnąłby nosić ze sobą spowiednika, aby móc ustawicznie oczyszczać swą duszę.Abp Kuncewicz intensywnie pracował również nad reformą duchowieństwa. W tym celu napisał krótki katechizm i nakazał kapłanom nauczyć się go na pamięć, wynikało to z troski o powierzone sobie dusze i zapewnienie im dobrych nauczycieli.

Był także autorem czterdziestu ośmiu reguł dotyczących życia kapłańskiego; miały być one bezwzględnie przestrzegane. Nakazywał w nich księżom często się spowiadać, codziennie odmawiać brewiarz, Msze św. odprawiać jak najczęściej, a koniecznie w niedziele i święta.

Duchowni powinni ponadto przypominać wiernym o obowiązku odbycia spowiedzi co najmniej raz na rok. Nie wolno im było pobierać opłat za udzielanie sakramentów; surowo karane było też pijaństwo, lichwa i gra w karty. Zarządził Jozafat, że kapłan greckokatolicki, który po śmierci żony powtórnie zawiera małżeństwo, zostaje wykluczony z Kościoła.

Co roku zwoływał synody diecezjalne w Połocku, Witebsku i Mścisławiu, nie chcąc sprawować rządów w izolacji od swoich kapłanów. Wydał też rozporządzenie dotyczące nieuznawania przez osoby duchowne świeckiej władzy, o ile uzurpuje sobie ona prawo do decydowania o sprawach ściśle religijnych i kościelnych, co często zdarzało się wśród bogatszej szlachty.Mimo że obarczony wieloma obowiązkami, ciągle pamiętał o tym, że jest zakonnikiem.

Żył bardzo skromnie, nie korzystał z bogactw arcybiskupstwa. Wspólnie ze współbraćmi śpiewał w katedrze św. Zofii godziny kanoniczne, brał udział we wszystkich nabożeństwach, nie zaniedbując tego nawet podczas podróży, kiedy dla wypełnienia obowiązku wobec Boga zatrzymywał się w napotkanych cerkwiach.

Nadal zachowywał wszelkie posty (mięsa nigdy nie jadał), biczował się jak dawniej. Jego modlitwy miały na celu przede wszystkim nawrócenie schizmatyków, heretyków i pogan.

W 1620 r. schizmatycki patriarcha jerozolimski Teofan wyświęcił w Kijowie siedmiu biskupów na stolice zajęte przez władyków unickich. Był wśród nowo konsekrowanych Melecjusz Smotrycki, przeznaczony na arcybiskupstwo połockie.

Zygmunt III Waza skazał nieprawowitą hierarchię na banicję, jednak wykonanie woli króla pokrzyżowała wybuchła właśnie wojna polsko-turecka. Smotrycki obrał na swoją tymczasową siedzibę wileński klasztor Ducha Świętego; stąd prowadził agitację przeciw arcybiskupowi Kuncewiczowi za pośrednictwem swoich wysłanników.

Jeden z nich, mnich o imieniu Sylwester, podczas pobytu Jozafata w Warszawie, stworzył na nowo gminę prawosławną w Połocku. W Witebsku również uznano Smotryckiego za biskupa.Abp Kuncewicz, dowiedziawszy się o tym, co dzieje się w jego diecezji, natychmiast do niej powrócił; kilka następnych miesięcy strawił na jej objeżdżanie i rugowanie schizmy.

Kiedy w Połocku zebrano ludność, by wysłannicy Zygmunta III mogli jej odczytać listy królewskie, wzywające do posłuszeństwa legalnemu biskupowi, o mało nie doszło do samosądu na posłach i Jozafacie. Arcypasterz nie zmienił mimo to łagodnego podejścia do wiernych, nawracając dzięki temu wielu błądzących. Sytuacja stawała się coraz gorsza. Arcybiskup doskonale zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa, niejednokrotnie rozmawiał ze swoim otoczeniem o zbliżającej się śmierci.

Zapewniał przy tym, że nikomu poza nim nie stanie się krzywda. Mógł uciekać, mógł wezwać na pomoc wojska królewskie – nie zrobił tego. Wyjechał za to do ogarniętego wrzeniem Połocka z niewielką tylko liczbą towarzyszących osób.

Ciężko im tam nawet było pokazać się na ulicy; momentalnie rozpoczynało się lżenie i obrzucanie kamieniami. Nic jednak nie powstrzymało Kuncewicza od nawracania schizmatyków.

Kiedy tylko mógł, odprawiał nabożeństwa i głosił kazania. Nie opuścił miasta nawet wówczas, gdy był już pewien, że odszczepieńcy zrobią wszystko, by zamordować swojego biskupa. Z ich poduszczenia w pobliżu pałacu biskupiego kręcił się stale pop Eliasz, mający za zadanie miotać obelgi na Jozafata, gdy ten tylko pojawi się w zasięgu jego wzroku.

Zdradziecki plan zakładał, iż otoczenie arcypasterza w końcu nie wytrzyma takiego traktowania swojego pana i ukarze sprawcę, a wówczas schizmatycy, rzekomo w obronie pokrzywdzonego, wymierzą sprawiedliwość „mącicielowi porządku społecznego”, czyli Kuncewiczowi.Gdy Eliasza aresztowano, tłum przypuścił szturm na pałac, lecz Jozafat nakazał mnicha uwolnić, co na krótko uspokoiło sytuację.

Pałająca żądzą krwi tłuszcza powtórnie pojawiła się za namową popów, wówczas nie było już ratunku. Wdarłszy się do pałacu, napotkała na swej drodze arcybiskupa, który wyszedł jej naprzeciw z ojcowskimi pełnymi miłości słowami na ustach. Schizmatycy odpowiedzieli ciosami kijów i siekier.

Konającego wywleczono na dziedziniec, gdzie jeden z zabójców wystrzałem z rusznicy dopełnił męczeństwa.Zrabowawszy co było cennego w pałacu i zniszczywszy resztę, urządzili sobie „zwycięzcy” ohydną ucztę, w czasie której pastwili się nad ciałem męczennika – tak wielka była nienawiść do Kościoła katolickiego, przez niego reprezentowanego.

Wyrywano martwemu włosy z brody, siadano na nim, obrzucano błotem. Zabito jego psa, porąbano w kawałki i rozrzucono je na ciele Jozafata, aby jeszcze bardziej go znieważyć przez zmieszanie jego krwi z krwią zwierzęcą. Jakież było zdumienie oprawców, gdy obdarłszy zwłoki z szat zobaczyli włosienicę… W końcu pociągnięto ciało ulicami miasta w stronę Dźwiny i utopiono w niej.

Było to 12 listopada 1623 roku.W sześć dni po zbrodni ciało Arcybiskupa wydobyto i przewieziono do Połocka. Już wtedy dokonywały się za przyczyną Jozafata liczne nawrócenia i uzdrowienia, które potwierdzały jego świętość. Pogrzeb odbył się dopiero 18 stycznia 1625 roku.

Przez owe czternaście miesięcy od chwili śmierci trumna stała na katafalku w katedrze św. Zofii. Często ją otwierano, by ukazać ludowi wolne od zepsucia ciało i krew sączącą się ciągle z rany od siekiery na głowie.Śmierć męczennika wydała wiele owoców. Kilkunastu głównych jej sprawców przed wykonaniem na nich wyroku nawróciło się na katolicyzm.

W 1627 r. Melecjusz Smotrycki, pośredni sprawca śmierci arcybiskupa Kuncewicza, złożył przed metropolitą Rutskim katolickie wyznanie wiary. Potępił wszystkie swoje dawniejsze pisma skierowane przeciw Kościołowi Rzymskiemu i świętej unii. Potem na schizmatyckim synodzie w Kijowie, na który przybył jako ukryty katolik, by tym łatwiej przyciągnąć do prawdziwej wiary odszczepieńców, rozpoznany wyrzekł się publicznie unii, gdy prawosławni zażądali tego pod groźbą śmierci. Gdy wyjechał z Kijowa, poznał swój błąd. Odtąd pokutował, prowadząc surowe życie, pełne umartwień.

Urban VIII, odpuściwszy mu winy, nadał tytuł arcybiskupi.16 maja 1643 roku tenże papież beatyfikował Jozafata. Kolejni Wikariusze Chrystusowi wpisywali imię unickiego męczennika do martyrologium (Benedykt XIV), udzielali odpustu zupełnego na wieczne czasy wiernym, którzy w uroczystość błogosławionego nawiedzą kościół bazyliański i przystąpią do sakramentów (Klemens XIV).W 1866 r. dekretem bł. Piusa IX Jozafat Kuncewicz został wpisany w poczet świętych.

Uroczystość kanonizacyjna odbyła się 29 czerwca 1867 r., w trakcie obchodów ku czci śś. Piotra i Pawła z okazji tysiącosiemsetletniej rocznicy ich śmierci. Święta unia zyskała swojego patrona w czasach jej ciężkich prześladowań.

O ileż bardziej te prześladowania są straszne dzisiaj, gdy nie ma już oparcia w hierarchii, która coraz bardziej udowadnia swoją przynależność do tego świata, a nie do królestwa Pana Jezusa.

O ileż bardziej dziś potrzebna jest modlitwa do świętego Jozafata, aby Bóg, za jego przyczyną zesłał na świat, a zwłaszcza na Kościół swój, prawdziwy pokój, pokój Chrystusa Króla…

Święty Jozafacie, módl się za nami! Ω

__________

Szymon Wilk

Za http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/364 – Zawsze wierni nr 2/2001 (39)

Posted in Uncategorized, Święci Pańscy | Leave a comment

NIEPODLEGŁA – POSTĄPIĆ INACZEJ

NIEPODLEGŁA – POSTĄPIĆ INACZEJ

Ceremonia podpisania przez prezydenta RP Ignacego Mościckiego Konstytucji 1935 roku w Sali Rycerskiej na Zamku Królewskim. Źródło: Inter / wybór wg.pco

Podczas Zjazdu Legionistów w Lublinie, w roku 1924, Józef Piłsudski przestawił okoliczności, w jakich przyszło mu rozpocząć walkę o Niepodległą: „Polska i olbrzymia większość Polaków wojny nie chciała, wojny nie wywołała i świadomą była tego, że ona nie o Polskę się toczy. Nie mając samodzielnego przygotowania do wypadków wojennych, Polacy uczynili przy wybuchu światowej katastrofy to, co czynili już dobre półwiecze w życiu codziennem — poddali się nakazom zaborców, wzmacniając w ten sposób siły każdego z nich.

Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej.Chciała dać Polsce podczas wojny reprezentację w postaci polskiego żołnierza i polskich dla niego dowódców. Wskutek naturalnej niechęci i oporu ze strony zaborców, wskutek ogólnego niedowierzania, by zamiar ten mógł być zrealizowany, — próba udała się tylko w części.

Stan ten musiał doprowadzić do silnych tarć, przy których my, legjoniści, walcząc nieustannie o swoje cele, staliśmy się najjaskrawszym wyrazem obrony honoru i dumy narodowej wobec systematycznego wgniatania nas w błoto przez maszynę wojenną wszystkich trzech zaborców. Dlatego też, pomimo iż ulegliśmy w walce, mamy za sobą tę wielką satysfakcję, żeśmy pierwsi w Polsce zaczęli żyć życiem wojska polskiego i przy powszechnem poniżeniu Polaków mieli spokój co do swego honoru i częste zadośćuczynienie dumy i godności narodowej”.

      Słowa – „Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej”, zasługują na szczególna uwagę. Bo też – „postąpienie inaczej”, wymagało wówczas wielkiej odwagi i poświęcenia.

Ze wspomnień legionistów wynika, że Pierwszą Kadrową nader często witała pustka polskich wsi i miasteczek, że towarzyszyły im gwizdy gawiedzi, gesty pukania w czoło, obojętność, czasem wrogość. Ilu z tych, którzy widzieli żołnierzy w szarych mundurach, potrafiło uwierzyć, że przyniosą oni wolną Polskę?

W innym wystąpieniu, z roku 1926, Józef Piłsudski kreśląc ówczesną sytuację społeczną i polityczną, stwierdził :

Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce – to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej – były złodziejstwa, pozostające bezkarne. Ponad wszystkim w Polsce zapanował interes jednostki i partii, zapanowała bezkarność za wszelkie nadużycia i zbrodnie.

W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu.

Gdy wróciłem z Magdeburga i posiadłem władzę, jakiej nikt w Polsce nie piastował, wierząc w odrodzenie narodu, nie chciałem rządzić batem i oddałem władzę w ręce zwołanego przez siebie Sejmu Ustawodawczego, którego wszak mogłem nie zwoływać.

Naród się jednak nie odrodził. Szuje i łajdaki rozpanoszyły się. Naród odrodził się w jednej tylko dziedzinie, w dziedzinie walki orężnej, tzn. pod względem odwagi osobistej i ofiarności względem państwa w czasie walki. Dzięki temu mogłem doprowadzić wojnę do zwycięskiego końca. We wszystkich innych dziedzinach odrodzenia nie znalazłem. Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu.

Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi.

Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację.

Interes partyjny przeważał ponad wszystko.

Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu.

W rozkazie moim do wojska powiedziałem, że wziąwszy państwo słabe i ledwie dyszące – oddaliśmy obywatelom odrodzone i zdolne do życia.

Cóżeście z tym państwem uczynili? Uczyniliście zeń pośmiewisko!”

       „W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu”. Jakże ta ocena różna od powszechnie dziś przyjmowanych twierdzeń, w których słowa o „zbiorowym wysiłku całego narodu”, zamazują tamte czasy płytkim, sentymentalnym optymizmem.

Warto na dzieje II Rzeczpospolitej spojrzeć z perspektywy człowieka, któremu zawdzięczamy niepodległość. Nie poprzez pryzmat emocjonalnego pseudo-patriotyzmu, jakim karmią nas dziś „środowiska patriotyczne”, ale w świetle twardych, czasem niewygodnych faktów.

Warto tym bardziej, że współczesna „historiozofia” III RP fałszuje genezę wolnej państwowości i wymyślając, coraz to bardziej egzotycznych „ojców niepodległości”, umniejsza lub celowo ignoruje dzieło Józefa Piłsudskiego i garstki tych, którzy „zdecydowali postąpić inaczej”.

Dwie są przyczyny.

Komunistyczna sukcesja, budowana na pakcie esbeków i agentury, w którym cenę „nowej państwowości” wyznaczały toasty z szefem bezpieki, nie może umacniać w Polakach wiedzy, że za Niepodległą płaci się daninę krwi. Niebezpieczna byłaby to wiedza, jeśli tak dobitnie podważałaby „wysiłek” samozwańczych „reprezentantów narodu”, zbratanych z okupantem.

To państwo – gloryfikując wybory „mniejszego zła”, forsując najnikczemniejsze kompromisy i zabójcze wspólnoty z Obcymi, nie może umacniać prawdy, że system, zbudowany na przemocy i terrorze, można obalić tylko siłą i tylko za cenę najwyższej ofiary.

Tej prawdy nie rozumieją dziś nawet ci, którzy w patriotycznym uniesieniu powtarzają – „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”.

       Druga przyczyna fałszowania genezy Niepodległej, tkwi w mitologii demokracji i związanej z nią tezy o „woli suwerena”. W takiej perspektywie – czyn „niewielkiej garści ludzi”, chwytających za broń w drodze do Niepodległej – musi być wizją zakazaną.

Przez trzydzieści lat wmawia się naszym rodakom, że będąc „mądrym i odpowiedzialnym”społeczeństwem, sami zdecydowali o swoim losie i podczas kolejnych „świąt demokracji” dokonują w pełni wolnych i świadomych wyborów. Jak wyglądają te „świadome wybory” rozumie każdy, kto w świetle elementarnej etyki, ale też zwykłej racjonalności oceni tegoroczną farsę wyborczą i kondycje „wybrańców ludu”.

Powszechne łgarstwo, jakoby tylko owa demokracja dawała gwarancję wolnej państwowości wpisano nawet do konstytucji tego państwa, gdzie – wzorem art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”

– „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”,

zawarto stwierdzenie

– „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.

W miejsce prawdy, że o historii decydują jednostki, a narody, którym wolność odebrano siłą, nie odzyskują jej mocą „mechanizmów demokracji”, stworzono nam mit „jedynie słusznego systemu”, z jego blagierskimi elementami: „władzy ludu”, „pluralizmem politycznym”, „parlamentaryzmem”, „wyborami powszechnymi”, zasadą „poszanowania praw obywatelskich” i praw „opozycji”. Oszukując Polaków w roku 1989 i sankcjonując oszustwo w latach następnych, stworzono nam karykaturę prawdziwej demokracji i kazano ją uznać za zasadę ustrojową.

Tej fikcji nie musiała uprawiać II Rzeczpospolita, dla której wysiłek „niewielkiej garści ludzi” miał moc rozstrzygającą o odzyskaniu niepodległości. Dlatego wolnej Polsce nigdy nie narzucano „jedynie słusznej” formuły demokratycznej i nie rozstrzygano o jej kształcie ustrojowym.

Ostatnia konstytucja z 23 kwietnia 1935 r. stanowiła w art.1:

1. Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli.

2. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.

3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.

4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem.

       Przypominam słowa Józefa Piłsudskiego i zwracam uwagę na ich „zakazany kontekst”, by w tym historycznym przekazie dostrzec drogę do Niepodległej. Nie mamy i nie potrzebujemy innego wzorca.

Czyn „niewielkiej garstki ludzi” i wola prawdziwego przywódcy – to najgłębsza przyczyna odrodzenia państwa polskiego. Bez tego „szaleństwa” – a tak postrzegało wielu ówczesnych Polaków – nie byłoby II Rzeczpospolitej.

Na nic dyplomatyczne zabiegi rozmaitych „ojców niepodległości”, gdyby nie poprzedziła ich walka polskich żołnierzy na wszystkich frontach Europy. Na nic starania o uznanie państwa polskiego i zatwierdzenie jego granic, gdyby na straży tych granic nie stał już polski żołnierz.

Pierwsza wizja, jaką kreśli Piłsudski – czynu „niewielkiej garstki ludzi”, niesie odpowiedź na pytania dotyczące obalenia sukcesji komunistycznej i drogi długiego marszu.

Druga – obrazuje ten stan upadku, który za sprawą ówczesnych „demokratów”, sprowadzał „duszę narodu” do pokracznej miary wolności partyjnych i dyktatury„sprzedajnego nieraz elementu”.

Z pierwszej wizji wynika, że historię tworzą jednostki. Nie „masy pracujące miast i wsi”, nie „czyny partyjne” i wola „elektoratów”. Ci, którzy wątpiąco powtarzają – „mało nas”, „większość tego nie rozumie” – powinni wiedzieć, że do wielkich rzeczy trzeba niewielkiej garstki „marzycieli i straceńców”.

Z wizji drugiej, musimy wynieść przekonanie, że dla dla ratowania Ojczyzny i „odrodzenia duszy narodu”, trzeba odrzucić miraże demokracji i zdobyć na odwagę wystąpienia przeciwko tym, którzy uczynili z niej absolutnego bożka. A nawet nie z niej samej, lecz z jakiejś karykatury tego najgłupszego ustroju, skrojonej na miarę sukcesji komunistycznej.

Obie wizje, pozwalają z nadzieją patrzeć w przyszłość. Nie z powodu analogii historycznych, ale z uwagi na nasz potencjał i realizm drogi zmierzającej do obalenia III RP.

Z tego, historycznego przykładu, płynie prawdziwa, acz trudna nadzieja: trzeba, by ludzie mający świadomość zła, jakie niszczy naszą Ojczyznę, odważyli się działać. To jedyna droga.

Bo w pojęciu wolności – nierozerwalnie związanym z „polskim duchem” i drogą, jaką obrał twórca II Rzeczpospolitej, zawiera się obowiązek robienia tego, co uznajemy za dobre, słuszne i potrzebne. Podkreślę słowo obowiązek.

Dlatego – nie robić nic – znaczy być zniewolonym.

      Realizm wymaga, by były to działania uwzględniające obecny status III RP. Nie z powodu poczucia ograniczenia, ale jako ważnej przesłanki ku racjonalnym krokom.

Wskazywałem takie działania w wielu tekstach, pisząc o tworzeniu wspólnot na poziomie relacji osobistych i organizowaniu się w obszarze osób bliskich, środowisk zawodowych, kręgu towarzyskiego. O budowaniu „małych grup oporu” – dwu, trzy, a choćby dziesięcioosobowych, które aktywnością we własnym środowisku, poprzedzą powołanie ogólnokrajowej reprezentacji. Pisałem o bojkotowaniu „świąt demokracji”, odrzuceniu przekazu medialnego i narracji partyjnych przekaźników, o realizmie dychotomii My-Oni i odwracaniu się od tych, którzy nie należą do „gromady żyjących”.

Co wspólnego ma tak rozumiana „praca organiczna” z drogą do Niepodległej?

Sięgnę po kolejny cytat z Marszałka. Jego czyn i droga, jaką obrał, jawiła się naszym rodakom, jako rzecz „romantyczna”, a wręcz „szalona”. Wspominał o tym Piłsudski w roku 1924, podczas przemówienia wygłoszonego na Zjeździe Legionistów w Lublinie, w dziesiątą rocznicę powstania Legionów:

Niech mi wolno będzie na zakończenie dodać słów parę o dziwacznej, tak często wypowiadanej a głęboko dla mnie zabawnej opinji o czynie legjonowym. Jest ona związana z nadzwyczajnie śmiesznem interpelowaniem słowa „romantyczny“. Nie wiem doprawdy, czy ten przymiotnik nie był istotnie najczęstszem, najbardziej używanem określeniem w stosunku do naszej pracy w społeczeństwie polskiem. (…) U nas, po upadku powstania 63-go roku, słowo „romantyczny“ nabrało jakiegoś dziwacznego charakteru, zaczęło oznaczać po prostu „głupi“. (…)

Jest zwyczajem nazywać grzecznie „romantycznym“ tego, komu się coś nie udało. Jest zwyczajem, żeby człowieka niepraktycznego, który zabłądzi choćby w trzech sosnach, który drogi żadnej znaleźć nie potrafi, mienić nie głupim, lecz „romantycznym“. „Romantyczny“, to coś w rodzaju małego, niezdarnego dzieciaka, który siedząc na ręku matki, niepraktyczne, niepewne rączki wyciąga po jakąś błyskotkę, i ku wielkiemu swemu zdziwieniu nie ją chwyta, a na przykład kosmyk włosów matki!

I takiem właśnie romantycznem dzieckiem mieliśmy być my, legjoniści. Jakiż to zabawny sposób krytyki, świadczącej chyba tylko o głębokiej nieudolności myślenia!

Czegóż chcieli legjoniści? Poco wyciągali oni nieudolne, dziecinne rączki? Chcieli dać Polsce żołnierza. Powiedzmy, chcieli błyskotki. Wyciągali jednak rączkę tak zręcznie i tak umiejętnie, działali tak praktycznie, tak trafnie dobierali odpowiednich środków, że pomimo przeszkód stawianych im w tem nie tylko przez zaborców, lecz i przez „nieromantycznych“ Polaków, — błyskotkę tę mieli w ręku! Ba, powiedzieć nawet można więcej! Zdołali pomimo wszelkich trudności dać w dziedzinie wojskowej imiona, któremi Polska może się szczycić.

Porównajmy tę praktyczną, umiejętną pracę Legjonów z pracą ich krytyków. Z pracą tych „nieromanycznych“! Chcieli oni, siedząc na ręku matki — państw zaborczych — mieć w nieromantycznej rączce nie głupie błyskotki, lecz praktyczny kosmyk włosów matki. Czyż go mieli i mają? Czyżby więc nie czas było, zamiast wzruszać ramionami na „romantyczne“ a zatem głupie główki legjonistów, pomyśleć o własnej „romantyczności“ i głupocie. Czyżby nie czas było pomyśleć o swojej nieumiejętności orjentacyjnej, która w 1914-ym r. zmusiła szanownych krytyków do błądzenia pomiędzy trzema sosnami zaborczemi, do czepiania się każdej z nich pokolei, i do tracenia często przytem dużo zdrowia moralnego.”

       Wielu z tych, którzy zapoznali się z blogiem bezdekretu, oceniało projekt długiego marszu, jako „romantyczną mrzonkę”, a wręcz „utopię”.

To opinia, która bardzo mnie cieszy.

Gdyby długi marsz i związane z nim poglądy, nie były oceniane w takich kategoriach, jak „błądzący pomiędzy sosnami zaborczemi” oceniali onegdaj pomysły legionistów, gdyby spotykały się z aplauzem „większości”, a nawet – nie daj Boże – zostały przyjęte przez obecne „środowisko patriotyczne” – nie byłby wiele warte. Jak niewiele warta jest opinia zakładników „nieumiejętności orjentacyjnej”, którzy rozwiązanie polskich problemów upatrują w mitach III RP i wsparciu obcych mocarstw.

Bo nie o powszechność tu chodzi i nie o dotarcie do „mas”. Nie jest to droga dla każdego i nie wszyscy muszą nią podążać.

Sens czynu polskich legionistów i ich „romantycznego” ( co oznacza po prostu „głupi“) dowódcy, był prosty: „Czegóż chcieli legjoniści? Poco wyciągali oni nieudolne, dziecinne rączki? Chcieli dać Polsce żołnierza”.

Dali Polsce żołnierza, ale wraz z nim – dali kadry nowego państwa. Dziesiątki z tych, którzy wyruszyli z Oleandrów i setki innych legionistów, utworzyło elitę II Rzeczpospolitej, dało jej siłę i rozmach, na jaki państwo sukcesji komunistycznej nigdy się nie zdobędzie.

Ten czyn jednostek i dzieło „romantycznego” dowódcy, zbudował podstawy Niepodległej, na fundamencie najmocniejszym, powstałym z siły charakteru.

Efektem długiego marszu nie mogą być nowe armie ani nowi żołnierze. Nie na tym też polega dziś logika walki z sukcesją komunistyczną. Nie sposób również nakreślić prostej analogii z czynem legionowym, a tym bardziej, widzieć ją w postaciach na miarę Niepodległej.

Jedno, co wspólne i na co zwracam uwagę: Polakom trzeba dać nowe kadry – nowych, świadomych obywateli, którzy odrzucając zastany porządek, potrafią odbudować Rzeczpospolitą od podstaw. Ludzi wolnych od ograniczeń mitologii III RP, samodzielnie myślących i podejmujących odważne decyzje.

Deficyt takich kadr – autentycznych elit, jest jedną z najważniejszych przeszkód w obaleniu magdalenkowego truchła.

To nie może być proces szybki i łatwy. Jeśli świadomość Polaków była zatruwana przez półwiecze okupacji sowieckiej i trzy dekady sukcesji komunistycznej, jeśli nadal jest deformowana przez zgraję partyjnych szalbierzy i watahę propagandystów – nie można wymagać, by zmiany następowały błyskawicznie. Nie sposób tez oczekiwać, by dotyczyły milionów.

Wystarczy, że będą jednostki, osoby o kapitale wiedzy, rozmachu działań i swobodzie myśli. Wystarczy, że będzie niewielka garść tychktórzy „zdecydowali postąpić inaczej”.

Jeśli sens takiej pracy jest równy „marzeniom romantycznego dziecka” i tak „głupi”, jak dzieło legionowych marzycieli – warto to zrobić.

______________________

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com

Zródło:  bezdekretu.blogspot.com , 11 listopada 2018.

Posted in Historia, Uncategorized | Leave a comment